„Łaska buduje na naturze”- rekolekcje w Camana
W dniach 22-23 listopada wraz z naszymi uczniami z Cetpro uczestniczyliśmy (jak w roku poprzednim) w rekolekcjach w salezjańskim nadmorskim ośrodku w Camanie.
Tego roku ksiądz Fernando, ich organizator, zaprosił do ośrodka małżeństwo katolickich psychologów praktyków. W trakcie prowadzonych konferencji nie szczędzili oni przykładów z własnej pracy terapeutycznej dla zobrazowania problemów o których mówili: alkoholizm, uzależnienia seksualne, narkotyki, przemoc domowa i rówieśnicza, zaburzenia własnego obrazu siebie, próby samobójcze itp. Kwintesencja dzisiejszych problemów młodzieży w skali globalnego świata.
Przez dwa dni chłopcy pracowali intensywnie nad poznaniem samych siebie i mechanizmów rządzących ludzkimi zachowaniami. Wiele indywidualnych ćwiczeń i możliwość osobistej rozmowy z terapeutami pozwoliła, tym którzy zechcieli potraktować je poważnie, zajrzeć w głąb samych siebie, by dotrzeć do korzeni, z których wynikają ich dzisiejsze postawy, zachowania, problemy. Pozwoliła przyjrzeć się własnej rodzinie i jej determinującemu wpływowi na ukształtowaną osobowość, itp. Zajęcia trwały do późnych godzin nocnych. Zakończyły się nocną modlitwą przy świecach, podczas której Ci, którzy chcieli, mogli powierzyć swoje dotychczasowe życie Bogu, wyrazić trzymany w sercu żal i przebaczyć tym, którzy ich zranili oraz podjąć postanowienia na dalszy etap swojego życia. Tamtego wieczoru nie brakowało łez. Jak wiele działo się w ich sercach Bóg wie najlepiej. Jedno jest pewne. Wobec tego co się dokonywało przez te dwa dni nikt nie mógł pozostać obojętny. Myślę, że nawet Ci, którzy pozostali z kamienną twarzą, zdawali sobie sprawę, że to tylko maska skrywająca ich prawdziwe pragnienia i potrzeby serca.
Uwieńczeniem rekolekcyjnych rozważań był sakrament spowiedzi i wspólna Eucharystia.
„Łaska buduje na naturze”, mawiają teologowie. Oby więc większe poznanie samych siebie, które dokonało się podczas tych rekolekcji zaowocowało większym poznaniem i przylgnięciem do Boga, zarówno w kontekście zbliżających się świąt Bożego Narodzenia jak i w perspektywie całego życia tych chłopców.
Lidka
Kim ONI są?
Dzisiaj kilka słów o tych, których już wkrótce opuścimy, czyli o chłopcach z internatu.
Jest ich dwunastu w wieku od 17 do 23 lat: Angel, Mario, Justiniano, Victor Hugo, Victor Gregorio, Yemer, Roel, Magno, Deyvi, Yamer, Fredy i Franklin. Niektórzy z nich przyjechali studiować do Cetpro aż z dżungli. Inni są z okolic Cusco i Puno, jeszcze inni przybyli ze stolicy. A są też i tacy, którzy swoje rodzinne domy mają na odległość 50 km i systematycznie w weekendy je odwiedzają.
Łączy ich niewątpliwie jedno: trudna rodzina. W niektórych przypadkach jest to brak ojca (śmierć lub porzucenie rodziny) w innych skrajne ubóstwo w jeszcze innych całkowity brak rodziców. Niestety chłopcy Ci nie są wyjątkiem wśród peruwiańskiej populacji. Pojęcie rodziny przybiera bowiem w Peru postać wspólnoty pełnej skrajności, ale o tym innym razem.
Duża większość z nich została „wyłowiona” przez ks. Fernanda w Monte Salvado w ich poprzedniej salezjańskiej szkole w dżungli. Tam również mieszkali w internacie. Kilku tegorocznych zjawiło się, bo zasłyszało o możliwości jaką stworzyli Salezjanie: studiowania i zamieszkiwania w internacie w sposób niemalże bezpłatny. Niemalże bezpłatny oznacza, że w minimalnym stopniu zobowiązani są partycypować w kosztach utrzymanie internatu. Jest to suma 25zł miesięcznie. Sytuacja taka wynika z troski o dobre wychowanie chłopaków. Uczestnictwo w kosztach uświadamia im np. że nie wszystko jest za darmo w życiu, co z kolei wzmaga szacunek do tego co otrzymują. Przynajmniej w założeniu tak powinno być. Dzięki środkom w ten sposób uzyskanym finansuje się kilka obiadów najbiedniejszym uczniom z Cetpro. W ten sposób tworzy się coś na kształt łańcucha pomocy, w którym sami beneficjenci są równocześnie darczyńcami.
Chłopcy początkowo zamieszkiwali w przyległych do warsztatu kontenerach. Od niedługiego czasu mieszkają w jednym pokoju wygospodarowanym nad warsztatem. Jest on zdecydowanie przytulniejszy, choć wcale nie cieplejszy nocą i nie chłodniejszy latem. Internat funkcjonuje dzięki grantowi uzyskanemu z projektu unijnego na pomoc kilku chłopcom. Środki wydatkowane są jednak na wszystkich. Wystarczają na opłacenie prądu, kucharza oraz na konieczne naprawy bądź niezbędne doposażenie.
Jacy Oni są? Z niektórymi żyjemy od ponad roku, z innymi kilka miesięcy. Chciałoby się powiedzieć, że nie różnią się od polskiej młodzieży w tym wieku. A jednak w niektórych postawach się różnią. Są z pewnością spokojniejsi (czasem można odnieść wrażenie, że wycofani), może to sprawa wrodzonych cech peruwiańskich. Raczej słuchają i okazują szacunek. A to dużo. Większość z nich niechętnie opowiada o rodzinie, są skryci. Trzeba zadawać im pytanie po pytaniu, by czegoś się dowiedzieć. Niekiedy wydaje się, jakby niektórzy nie chcieli tu być, tylko życie „tak im się ułożyło”, że na inną – płatną edukacje nie mieliby szans. Mówią np. o podjęciu w przyszłości pracy i zaocznych studiów. Chcą czegoś więcej. To dobrze o nich świadczy. Tym bardziej, że po zakończeniu szkoły będą mogli liczyć tylko na siebie. A na niektórych to rodzina lub rodzeństwo będzie liczyć.
Są pośród nich chłopcy bardzo pracowici i chętni do pomocy są i tacy, których do pracy trzeba zaganiać. A każdy z nich ma w internacie swoje obowiązki. Należą do nich: dbanie o ogród i otoczenie szkoły. Doglądanie świnek morskich, normalnych świń oraz psów. Dbanie o czystość toalet szkolnych oraz tych w internacie. Dbanie o porządek w pokoju chłopców oraz na jadalni. Ponadto sprawowanie pieczy nad bramą wejściową na teren cetpro, zapalanie o zmroku lamp i gaszenie ich o świcie. Utrzymywanie w czystości auli lekcyjnych oraz biur szkoły. Jednym słowem sprawowanie pieczy nad całym terenem szkoły. Pomagają też, choć niechętnie w oratorium.
Jedyne do czego nie trzeba ich namawiać to piłka nożna, telewizja czyt.: seriale i jedzenie słodyczy:)
Czasem dają w kość, to prawda, ale rzadko. Potrafią też sprawić radość. I choć w przyszłości z pewnością nie będą elitą intelektualną narodu, to jeśli się przyłożą do pracy nad sobą i wykorzystają daną im możliwość kształcenia , to mają szansę być przyzwoitymi obywatelami.
Lidka
- Angel
- Mario
- Justiniano
- Roel i Victor Hugo
- Victor Gregorio
- Yemer
- Roel
- Justiniano i Magno
- Deyvi
- Yamel
- Fredy
- Franklin
Wyjazd do Huancayo i nie tylko…
W ostatnich dniach września, podobnie jak w zeszłym roku, odbył się coroczny Kongres Salezjańskich Szkół Technicznych w Peru. Tym razem miejscem spotkania było miasto Huancayo leżące w środkowej części Peru. W tamtejszym oddziale salezjańskiej szkoły pracuje misjonarz z Polski Ks.Jan Pytlik.
Zaraz po rozgrywkach sportowych w Arequipie na to doroczne spotkanie z tego miasta wyruszyły dwa busy z pracownikami i uczniami reprezentującymi szkoły z Majes i Arequipy. Całej ekipie dowodził oczywiście nasz dyrektor, Ksiądz Andrzej, a w składzie znaleźliśmy się również my.
Podróż minęła spokojnie ale bardzooo się dłużyła. I choć Ksiądz wybrał alternatywną drogę przez dolinę Rio Canete aby ominąć Limę i korki to droga wyniosła całą noc i dzień. Widoki były imponujące, co stanowiło wystarczającą rekompensatę długiej podróży dla wszystkich.
Zajechaliśmy wieczorem. Na miejscu przywitał nas Ksiądz Jan i zaprowadził najpierw na kolację a później do pokojów na nocleg po długiej trasie. Kolejnego dnia była niedziela. Zaczęliśmy od wspólnej uroczystej Eucharystii, której przewodniczył peruwiański czarnoskóry Ksiądz, mający niesamowitą charyzmę. Msza wyglądała niemal jak w Afryce:) Popołudniu Ksiądz Andrzej zabrał nas wszystkich na przejażdżkę po mieście i na obiad. Zna on te rejony bardzo dobrze, bo pracował tu wiele lat. Wieczorem jedna z pracownic szkoły, znajoma księdza Jana i Andrzeja zaprowadziła nas na parafię w Huancayo prowadzoną przez księży Polaków z diecezji Tarnowskiej. Jakież było zaskoczenie gdy okazało się że z jednym z nich , Księdzem Antkiem Lichoniem Lidka była kiedyś na oazie z dziećmi niepełnosprawnymi w Kąclowej koło Grybowa:) Gaworzyliśmy długo z naszymi rodakami przy prawdziwie Polskiej kolacji.
W kolejnych dniach , korzystając z tego, że nie musieliśmy uczestniczyć we wszystkich spotkaniach kongresu wybraliśmy się troszkę pozwiedzać okolicę.
I tak jeden dzień poświęciliśmy na trekking pod pięknym masywem Nevado Huaytapallana na wysokości 4550- do 4950mnpm. Było pięknie, pozostał jednak niedosyt, że z powodu ograniczeń czasowych nie udało się wyjść na jeden z wierzchołków tej pięknej góry. Zabrakło jeszcze jednego dnia. Udało nam się pochodzić troszkę po lodowcu używając sprzętu (czekana, raków) . Nawet poczuliśmy się potrzebni ucząc co poniektórych peruwiańskich uczestników wycieczki używania tego sprzętu. Bardzo nam dziękowali bo jak się okazało przewodnik tej wycieczki jak i uczestnicy nie mieli zielonego pojęcia, że taki sprzęt istnieje. Nie polecamy górskich przewodników wycieczek w tamtych rejonach. Po prostu brak im profesjonalizmu.
Kolejne dwa dni poświęciliśmy na szybki wypad do dżungli. Miejscem docelowym była miejscowość La Meced położona w tzw: Selva alta (dżungla górska). Teren jest jeszcze górzysty ale klimat, flora i fauna już typowe dla dżungli. Okolica była niegdyś zasiedlona przez uchodźców z Italii, Austrii i Niemiec którzy uciekali przed reżimem faszystowskim dlatego pewien procent społeczności ma białą karnacje i nikogo nie dziwi w tej okolicy widok „gringo”.
Pierwszego dnia zobaczyliśmy ogród motyli, gdzie teoretycznie, wśród pięknej roślinności przechowywane są motyle i zwierzęta które potrzebują pomocy. Pani przewodniczka była bardzo dobrze przygotowana dlatego chyba można im uwierzyć. Potem udaliśmy się na wzgórze obok miasteczka z krzyżem. To taki punkt widokowy tyle że już w dżungli. Roślinność i odgłosy tam panujące są po prostu niesamowite. Ciągły hałas żyjącej puszczy, śpiew ptaków, owadów i innych stworzeń. W Polsce czegoś takiego się nie doświadczy. Na wieczór udaliśmy się nad jeden z wielu w tamtejszej okolicy wodospad o nazwie Borgona . Kolejnego dnia pojechaliśmy na tzw:”Tour po dżungli” a tak naprawdę na wycieczkę obiadową po okolicy. Jednym z punktów była wizyta u Indian z plemienia Pampa Michi. Indianie ci obecnie żyją głównie z turystyki organizując pokazy dla poszczególnych grup. Trochę to kiczowate ale warte zobaczenia. Z ciekawych miejsc widzieliśmy jeszcze dwa dosyć pokaźne wodospady o nazwach: Bayoz i Welon Narzeczonej. Ogólnie bardzo piękna wycieczka.
W drodze powrotnej z dżungli zatrzymaliśmy się na nocleg u dwóch innych Polskich misjonarzy posługujących w miejscowości Marco koło Jauja. Są to ksiądz Marcin Ołów z diecezji ełckiej i ksiądz Krzysztof Gabryś z Krościenka n/d , parafii która gościła nas na niedzieli misyjnej w Polsce . Zostaliśmy znów bardzo mile przyjęci i skończyło się na „nocnych rozmowach Polaków”
Po niespełna tygodniu pobytu pełnego wrażeń zebraliśmy się w drogę powrotną do Majes (inni do Arequipy). Tego ostatniego dnia wraz ze wszystkimi uczestnikami kongresu zwiedziliśmy jeszcze jedno z bardzo ważnych miejsc w Peru. Jest to franciszkański klasztor „Santa Rosa de Ocopa”, miejsce z którego pierwsi franciszkańscy Misjonarze zaczynali ewangelizować całą Amerykę Południową. Bardzo piękne miejsce. Na koniec zjedliśmy uroczysty obiad wraz ze wszystkimi uczestnikami, pożegnaliśmy się dziękując księdzu Janowi za gościnę i ruszyliśmy w drogę powrotną. Nie obyło się bez wrażeń. Na górskiej przełęczy na wysokości 4800mnpm na drodze między Huancayo a Limą, która wiedzie wzdłuż słynnej trasy kolei Malinowskiego w późnych godzinach wieczornych o zmroku sypał śnieg. Dla nas to nic dziwnego w przeciwieństwie dla Peruwiańczyków, dla których śnieg na drodze to nie lada wydarzenie. Nasz kierowca „Pancio” też był wyraźnie przestraszony:) Na szczęście obyło się bez stłuczek. Podróż minęła spokojnie. Nocowaliśmy w Limie u Księdza Ryszarda Łacha gdzie spotkaliśmy jednego z wolontariuszy Mirka, który wyjechał w tym roku niemalże równo z nami i z którym byliśmy w Polsce na jednej z niedziel misyjnych na Opolszczyźnie. Miło było pogadać po tak długim czasie. Mirek bardzo dobrze już sobie radzi pomagając Księdzu Ryśkowi w prowadzeniu domu dla „chłopców ulicy” w Limie:) Dalsza podróż minęła bez większych przygód.
Bardzo dziękujemy za ten tydzień pełen wrażeń naszemu Księdzu Andrzejowi jak również za gościnę przede wszystkim Księdzu Janowi Pytlikowi i Księdzu Ryśkowi w Limie. Pamiętamy też o Diecezjalnych Księżach misjonarzach z Huancayo i z Marco. Wielkie dzięki za wszystko!:)
A ganar!
23 września w Peru obchodzi się: pierwszy dzień wiosny, dzień ucznia i studenta, dzień technika oraz dzień peruwiańskich sił powietrznych. Nie jestem pewna czy o czymś nie zapomniałam
Dużo tych okazji jak na jeden jedyny dzień.
W tym też dniu w Cetpro w Arequipie odbywała się lekkoatletyczna olimpiada szkół technicznych. Naturalnie nie mogło w niej zabraknąć drużyny z Majes.
W związku z ubiegłoroczną sportowa klęską w tym roku sprowadzono do Majes trenera o międzynarodowym lekkoatletycznym dorobku, niejakiego Michała J- pseudonim Wolontariusz SWM. Podpisany kontrakt zakładał iż strony dołożą wszelkich starań, by raz na zawsze druzgocąco pokonać przeciwników z Arequipy w zamian za co Wolontariusz będzie miał prawo przebywać na terenie Peru przez co najmniej rok a wyszkoleni chłopcy będą wreszcie chodzić z podniesionymi głowami i wypięta piersią
No i zaczęło się. Przez półtorej miesiąca dwie godziny codziennych ćwiczeń. Biegi, skoki, pchnięcia kulą, rzuty oszczepem i dyskiem, siatkówka oraz piłka nożna. Wszystko po to, by wyłonić najlepszych z najlepszych. Na koniec wybieranie modelu oficjalnej koszulki z nazwiskiem.
Nadszedł wielki dzień. Skoro świt drużyna wyruszyła do Arequipy, gdzie poranną Mszą św. uroczyście rozpoczęto igrzyska. Na pierwszy ogień poszli biegacze 100 m i sztafeta 4×100. Kolejni byli skoczkowie. Następnie oszczepnicy i miotacze kulą, dalej dysk. W przedpołudniowej części igrzysk, udało się zdobyć medale w biegu na 100 i w sztafecie, w rzucie oszczepem i dyskiem. Ze sprawdzonych źródeł wiadomo, że poczyniono pertraktacje z sędzią odpowiedzialnym za pchniecie kulą, który dopuścił powtórkę rzutów. Niestety zaowocowało to utratą uzyskanych w pierwszej turze drugiej i trzeciej pozycji.
Popołudniem rozpoczęto mniej lekkoatletyczne konkurencje zespołowe. Było przeciąganie liny, gra w dwa ognie, futbol i siatkówka a także konkurencja zupełnie mi nie znana. Uczestniczyło w niej dwóch konkurencyjnych graczy. Pośrodku nich stał maszt, na którym na linie umieszczony był woreczek z grochem lub ryżem. Celem graczy było za pomocą pchnięcia dłonią jak najszybsze owinięcia woreczka wokół osi masztu. Przedziwna konkurencja dająca wiele radości.
Dla drużyny z Majes popołudnie okazało się mniej łaskawe. Wygrała ona wprawdzie przeciąganie liny i dwa ognie (konkurencje niemedalowe) ale poniosła klęskę w piłce nożnej i siatkówce.
Chłopcy schodzili z boiska trochę zawiedzeni. Nastawiali się, że uda się wygrać więcej. Jednak pocieszali się faktem, że zabierają jednak ze sobą do Majes kilka medali.
W związku z faktem konieczności dalszego podnoszenia formy sportowej Majeńczyków poczyniono aneks do kontraktu, na mocy którego zezwolono Michałowi J. na pozostanie na terenie placówki w Majes i kontynuowanie trenerskiej pracy z drużyną Cetpro Don Bosco Majes. Co niniejszym czyni do dnia dzisiejszego o czym osobiście zaświadczam
pozdrawiam
Mañana….
Istnieje w polskim języku potocznym lub bardziej slangowym wyraz „maniana”, który oznacza po prostu dziadostwo, coś bardzo kiepskiego itp. Etymologii tego słówka można by szukać w mentalności narodów południowo amerykańskich, w tym w Peru. Dlaczego???
W języku hiszpańskim używanym w niemalże całej Ameryce Południowej i środkowej słowo „mañana” oznacza „jutro”. Nie było by w tym nic nie zwykłego gdyby nie okoliczności w jakich używają (a w naszych oczach, gringo- nadużywają) go tutejsi. Dla nich odkładanie wszystkiego na jutro, co uwielbiają robić to rzecz naturalna, a w naszych oczach wprowadza to wielki nieład, bałagan i… dziadostwo. Co gorsza (w naszych oczach) społeczeństwo praktykujące to nagminnie funkcjonuje i jak się okazuje całkiem nieźle sobie radzi.
Przykładów na to można by wymieniać tysiące. Na przykład Peruwiańczyk gdy spali mu się żarówka w samochodzie nawet nie myśli jej wymienić tego samego dnia jak przykładny europejczyk, bo przecież może to zrobić “mañana” (czytaj jutro). Oczywiście nie zrobi tego kolejnego dnia bo przecież można to zrobić “mañana” itd. Jest możliwość, że zrobi to jak już popalą i popsują się wszystkie i nic nie będzie widział na drodze przy założeniu, że używa swego pojazdu nocą bo jeśli nie to po prostu ich… nie wymienia, odkłada na kolejne jutro:) I tak właśnie po Peru i innych krajach Ameryki Południowej jeżdżą (w naszych oczach gringusów) zdezelowane samochody, póki nie staną na drodze; jeżdżą bo wszystkie usterki można zrobić „mañana”, chyba że samochód się tak rozklekota, że dalej nie pojedzie. Tak tu funkcjonuje po prostu wszystko, np: policja, urzędy… Kolejny przykład to np: moja podróż z peruwiańskimi przyjaciółmi po kontener darów z Kanady do Ilo. (szczegóły dwa wpisy wstecz, zapraszam do lektury).
My, żyjąc tu już prawie rok troszkę przyzwyczailiśmy się i zaczęliśmy to rozumieć ale musieliśmy przejść przez tą trudną drogę tak jak teraz przechodzą nasi nowi wolontariusze Michał i Edyta. Wszystkiemu się dziwią, pytają jak tak można, czasami nie wiedzą czy się śmiać czy płakać. Ostatnim wydarzeniem, które nas wszystkich rozbroiło był zakup motocykla dla Ceo, nawet może nie zakup jak czekanie już dwa tygodnie na fakturę potrzebną do załatwienia wszystkich formalności związanych z rejestracją. Pan w sklepie każdego dnia ma tylko jedną ripostę na nasze żale: „mañana”:) Nasi peruwiańscy przyjaciele, np. Fredy zapewniają że nic się wielkiego nie dzieje, tak to tu jest. Każdy Peruwiańczyk rozmawiając z tobą w takiej sytuacji i wypowiadając magiczne „mañana” śmieje się beztrosko patrząc Ci w oczy jak by chciał dodać: „Gringo, jutro też jest dzień, odpuść sobie, po co grzać głowę”
Innym z przykładów mentalności dla nas nie zrozumiałej to pojęcie „una hora peruana” (jedna godzina peruwiańska). Polega to na tym, że Peruwiańczyk gdy umówisz się z nim np. na 15.00 to, jeśli w ogóle przyjdzie (bo może przyjść też „mañana”) to spóźni się jakieś kilkadziesiąt zazwyczaj minut. Gdy Ty pytasz go „dlaczego??” „ja tu czekam tyle na Ciebie…itp” on odpowiada Ci ze stoickim spokojem i uśmiechem na twarzy że np : musiał wydoić krowę, albo zerwać owoce w drzewa. Jego wyraz twarzy i spojrzenie jakby mówiły: „Gringo , o co Ci chodzi, przecież mogłeś sobie odpocząć czekając na mnie, to ja Ci tak naprawdę robię przysługę, a zresztą jutro przecież też jest dzień”:) Najlepiej widać u nas „una hora peruana” na oratoriach gdy dzieci ze swoimi rodzicami przychodzą za KAŻDYM razem zamiast na 15.00 to w okolicach 16.00 a my bez skutku im powtarzamy, że oratorium jest ZAWSZE o 15.00.
My wychowani w kulturze pogoni za każdą sekundą czasu nie do końca rozumiemy jak się to wszystko ma odnośnie np.: naszego pana ze sklepu motocyklowego. Zobaczymy, czas pokaże
Słowo „mañana” oznaczające tu po prostu „człowieku, zaczekaj” u nas znaczy totalny bałagan, dziadostwo. Gdy patrzymy na to z boku, tak to wygląda, ale tak naprawdę jest w tym pewien rodzaj harmonii nie osiągalny dla białych gringo. Ci ludzie po prostu prawie NIGDY się nie śpieszą jak to u nas często bywa gdy próbujemy czasami bezskutecznie nawet prześcignąć się z czasem, którego przecież wszyscy mamy danego od Boga po równo. My w „cywilizowanym świecie” doprowadzamy się w ten sposób do pewnego rodzaju zaszczucia a Latynosi patrzą na nas ze śmiechem i ze stoickim spokojem mówią „mañana Gringo”, bo przecież jutro też jest dzień….
Grzesiek
Nowy motocykl dla Ceo w Majes:)
Z radością zawiadamiamy wszystkich zainteresowanych wydarzeniami w Majes że dnia 03.09.2010 roku zakupiliśmy dla naszego Ceo Don Bosco nowiutki, ekonomiczny motocykl marki Honda XR125L koloru czerwonego. Było to możliwe między innymi dzięki wielkiej ofiarności i pomocy finansowej ludzi dobrej woli w parafiach, gdzie w czasie naszego krótkiego pobytu w Polsce udało nam się przeprowadzić Niedziele Misyjne, jak również przy wielkim udziale tzw: grupy wsparcia utworzonej przez naszych nowych wolontariuszy pracujących z nami w Majes , Michała i Edyty Jaroszów z córeczką Martynką oraz parafian z kościołów gdzie zostały przeprowadzone Niedziele Misyjne przez nich. I tak z naszej strony chcielibyśmy jeszcze raz podziękować parafianom z Ligoty Turawskiej na Opolszczyźnie, parafianom z Krościenka nad Dunajcem oraz Kalwarii Zebrzydowskiej. Bez Waszej ofiarności zakup motocykla jak i inna forma pomocy dla naszego Ceo nie była by możliwa. Powierzamy w modlitwie naszemu Bogu wszystkich przyjaciół naszej placówki misyjnej jak również prosimy o nią, bo bez Bożej pomocy nic nie udało by nam się zrobić.
Jak wiemy z antycznych już wpisów na naszym blogu w styczniu 2010 roku stary, wysłużony już motocykl marki Honda 250 XL uległ poważnemu defektowi. Ułamany zawór w głowicy uszkodził szereg innych elementów przez co naprawa okazała by się bardzo droga (do tego modelu nie ma w Peru tańszych zamienników). W czerwcu 2010 motocykl ten kupił jeden z instruktorów naszego Ceo; Herling, który zapewne wykorzysta go na części zamienne do swojego motocykla tej samej marki. Nowy motocykl będzie używany przez pracowników jak i przez nas do przemieszczania się na krótkich odcinkach w Majes w celu załatwiania różnych spraw. To bardzo ekonomiczny i wygodny środek transportu na te warunki.
I chociaż na zarejestrowanie w peruwiańskich warunkach będzie trzeba nam jeszcze dłuugo poczekać (tak to bywa w Peru, haha), to mamy nadzieję, że nowa maszyna będzie służyć niezawodnie naszym peruwiańskim przyjaciołom przez szereg długich lat
Grzesiek i Lidka
Ajoyani
W Andyjskim paśmie Cordillera Carabaya na wysokości 4150 mnpm leży niewielka, ale przepięknie położona miejscowość Ajoyani. W to właśnie miejsce wybraliśmy się (ja- tzn: Grzesiek) z naszym Dyrektorem Fredym w sprawach służbowych pod koniec sierpnia. Sprawa była warta wysiłku podróży; mianowicie chodziło o projekt zrobienia przez nasze Ceo kilkuset drzwi i okien do szkół tej miejscowości. W celu pozyskania tego projektu należało złożyć dokumenty w miejscowym urzędzie gminy jak również spotkać się z tutejszym alcade (burmistrzem) aby skutecznie wypromować naszą szkołę w tym pięknym, odległym, andyjskim regionie Peru.
Podróż rozpoczęliśmy rano. Po przyjechaniu na terminal w Arequipie kupiliśmy bilety na autobus wyjeżdżający o 13.30 do miasta Juliaca. Fredy wybrał się na miasto, ja natomiast czekałem do tej godziny „odpoczywając” w stylu peruwiańskim na terminalu. Autobus firmy „ Transzela” okazał się dosyć niebezpiecznym środkiem transportu. Szczerze nie polecam tej firmy a wybór innych jest naprawdę duży. Ale cóż, Polak mądry po szkodzie. Autobus tej firmy był jednym z wielu peruwiańskich pomysłów lat dziewięćdziesiątych. Mianowicie wpadli oni na to, że stare wysłużone ciężarówki, zwykle marki Volvo można „przerobić” na autobusy usuwając dotychczasowe nadwozie ciężarówki i ubierając podwozie z układem napędowym w nowocześnie wyglądającą, dwupiętrową zazwyczaj karoserie autobusu z plastikowymi wykończeniami tapicerki. Kicz nad kicze!! Po latach wygląda to tak , że wsiada się do jeszcze jako tako wyglądającego autobusu piętrowego ale we wnętrzu już okazuje się że wszystko się delikatnie mówiąc „sypie” nie mówiąc o komforcie i bezpieczeństwie podróży, bo prawdę mówiąc jedzie się zdezelowaną ciężarówką z nadwoziem autobusu piętrowego. Przed zakupem biletu w Peru polecam najpierw przyglądnąć się autobusowi na terminalu a następnie wybrać firmę, która dysponuje nowszymi autobusami, tym bardziej, że ceny są zazwyczaj jednakowe, co najwyżej o kilka soli droższe.
Podroż „Transzelą” była dosyć męcząca. Wybraliśmy miejsca na górnym pokładzie z samego przodu przy szybie. Kierowca okazał się dosyć nerwowy, jakby nie do końca znający możliwości swojego pojazdu, do tego fotel Fredyiego był zepsuty i ciągle składał się do tyłu wprost na peruwiańską młodą mamę z dwojgiem małych dzieci. Po kilku godzinach ostrej jazdy, na szczęście bez wypadku, wieczorem dojechaliśmy do Juliacy.
Po kilkunastu minutach okazało się że firma „Transzela” jest dla nas jednak bardzo pechowa. Dokładnie mówiąc dla Fredyego, bo zgubił „gdzieś” swój portfel z wszystkimi dokumentami i pieniędzmi. Gdzie???? Po kontakcie przez telefon z „obsługą” naszego autobusu z terminalu firmy „Transzela” okazało się, że w naszym wspaniałym autobusie na zepsutym fotelu (wpadł między fotele). Autobus wracał już nocnym kursem do Arequipy. Dobrze że ja miałem jakieś pieniądze bo sytuacja mogłaby być kiepska. Fredy „dogadał” się z obsługą terminalu, że portfel dojedzie pierwszym porannym kursem z Arequipy „Transzeli” do Juliacy i będzie już na 7.30 rano. Znaleźliśmy hostal w okolicach terminalu jednak dla Fredyego ta noc nie była spokojna. Mój peruwiański przyjaciel docenił nawet palnik z menażką, który zawsze biorę gdy jadę w nieznane mi tereny, bo dzięki niemu mógł zjeść na kolacje „gorący kubek” pieczarkowej z Polski. W Majes śmiał się ze mnie, myśląc zapewne „Gringo, po co Ci to?” Wieczorem stwierdził, że to bardzo przydatna rzecz i ze kupi sobie w razie trzęsienia ziemi. Rano okazało się że portfel „jeszcze” nie dojechał i będzie na południe (jak to w Peru bywa, haha). Po przeliczeniu ewentualnych kosztów podjęliśmy decyzje,że jednak pojedziemy do Ajoyani, bo moich pieniążków powinno wystarczyć na wszystko. Szybko znaleźliśmy terminal (na torach kolejowych, haha) autobusu jadącego do Macusani i ruszyliśmy w drogę. Ten autobus okazał się wyjątkowo dobry. Nowiutki autokar (Mercedes), coś w rodzaju naszych „Szwagropoli”. Kierowca jechał wyjątkowo bezpiecznie. Początkowo znaną dla mnie już ze wcześniejszych wyjazdów drogą w kierunku Cuzso, po kilkunastu kilometrach odbił w prawo na nowo położoną czarną nitkę asfaltu „Interoceanicy”, która w dalszym przebiegu wiedzie wciąż nowym asfaltem przez dżunglę do Brazylii a następnie aż na wschodnie wybrzeże Ameryki Południowej. Ach, jakaż była by to podróż? Przejechać całą Amerykę w szerz, najlepiej na motorze…. może kiedyś, kto wie????
„Interoceanica” w dalszym przebiegu za Juliacą przebija się przełęczami między Cordillerą Vilcanota i Cordillerą Carabaya zapewniając przepiękne widoki najpierw na płaskowyż a później na Adyjskie szczyty Cordillery. Bardzo przyjemna to była podróż. Cały autobus Indian i tylko jeden gringo- ja
Nawet dostałem propozycje pracy jak wysiądę przy wypasie Alpak na andyjskich halach, tylko pytali czy gringo umie pracować w ten sposób, hehe:) I kto wie, gdyby nie moja kochana, stęskniona Żonka czekająca w Majes i inne dodatkowe zobowiązania, to może nawet bym się zdecydował…. W każdym razie cały autobus z Fredym i ze mną na czele miał niezły ubaw. Ja za to pokazałem bliżej siedzącym pasażerom moją dosyć dokładną mapę Peru, gdzie mogli odnaleźć swoje górskie miejscowości. Byli prawdziwie zdziwieni i pytali: skąd gringo wiedzą gdzie leżą te wioski?Po przejechaniu około 150 km i po uzyskaniu wielu cennych porad odnośnie Ajoyani od pasażerów, wysiedliliśmy na skrzyżowaniu przy tablicy „witamy w Ajoyani” Stąd jeszcze dwa kilometry spaceru po płaskim terenie wśród widoków Andyjskich hal do wypasu Alpak i górskich szczytów. Po drodze rozmawialiśmy z dwójką innych pasażerów, którzy wysiedli z nami i też podążali do Ajoyani. Po kilometrze zatrzymał się samochód terenowy, którym jechali jacyś inżynierowie i wszystkich nas zabrali do miejscowości.
Ajoyani jest naprawdę czarujące. Wszyscy przypadkowi mieszkańcy witali nas bardzo serdecznie, część pytała o cel naszej wizyty. Po kilku chwilach doszliśmy do małego rynku zrobionego w nowoczesny sposób, przy którym znajdował się nowiutki, spory budynek urzędu gminy. Za nim znajdowała się dawna część rynku z starym pięknym kościołkiem. Cała miejscowość to może zaledwie kilkadziesiąt budynków mieszkalnych położonych przy głównej starej ulicy i kilku prostopadłych uliczkach. Wieś leży na końcu niewielkiego płaskowyżu, w dolinie małej rzeczki pomiędzy wznoszącymi się Andyjskimi Szczytami, coś pięknego. Czas jak by tu stał w miejscu. Architektura starego kolonialnego budownictwa jakoś wcale się nie gryzie z nowoczesnym małym ryneczkiem i urzędem gminy. Po kurtuazyjnej wizycie u burmistrza i złożeniu odpowiednich papierów w urzędzie udaliśmy się do jedynej „restauracji” na obiad. W malutkim lokalu urządzonym w domowy sposób siedziało kilkunastu mieszkańców wioski jedząc posiłek. Wszyscy nas grzecznie przywitali. Był nawet wcześniej poznany burmistrz. Starsza Indianka podała nam jak wszystkim jedyny zestaw z menu: zupę i na drugie kawał pieczonego mięsa z Alpaki z ryżem, ziemniakiem i sałatką z cebuli. Pyyycha, palce lizać , wszystko za 3,5 sola!!! Polecam:)
Z rozmów przy stole dowiedzieliśmy się,ze Ajoyani to „zagłębie Alpakowe” w Peru i ludziom z tego powodu żyje się tu całkiem dobrze. W drodze powrotnej do skrzyżowania skąd miał nas zabrać autobus przekonaliśmy się że to prawda. Nie odpuściłem sobie zdobycia choćby malutkiej górki i wybiegłem na niewysokie wzgórze z krzyżem skąd rozpościerał się piękny widok na cała wieś. Fredy skwitował to stwierdzeniem: „Loco gringo”:) Miejscowość jest naprawdę jak na Peru bogata. Ma np.: duży stadion z bieżnią, nową halę sportową i kryty basen! A wszystko to dzięki Alpakom, których pasie się tu po okolicznych halach setki.
Droga do Juliacy powracającym z Macusani znanym nam wcześniej autobusem minęła bardzo spokojnie, wręcz sennie. W Juliace byliśmy późnym popołudniem. Od razu udaliśmy się na terminal „Transzeli” po portfel. I o dziwo- był!!! ale…. prawie bez pieniędzy. Fredy powiedział że się tego spodziewał i że kamień spadł mu z serca bo ma wszystkie dokumenty. A co do pieniędzy, no cóż… nieuczciwi znalazcy wzięli sobie „rekompensatę”; ale czy w Polsce nie było by podobnie?Za pozostałe pieniądze kupiliśmy bilety powrotne do Arequipy nocnym kursem o 23.00 tym razem skrupulatnie dobierając firmę i autobus. Firma „San Martin” – polecam. Do wyjazdu zostało nam kilka godzin więc wybraliśmy się jeszcze do centrum miasta.
Juliaca to wielkie centrum peruwiańskiej kontrabandy. Wśród gęstego ulicznego ruchu w ciasnych uliczkach można kupić dosłownie wszystko!!! Każda uliczka ma swój „dział”, tzn: na jednej są garnki, na innej komputery , na jeszcze inne motocykle itp. Wszystko oczywiście to podróby, zazwyczaj chińskie, sprzedawane często nielegalnie i raczej taniej niż w innych częściach kraju. Jest też mnóstwo podrobionych towarów z pobliskiej Boliwii i z całego Peru. Warte do zobaczenia, typowo nie turystyczne miasto Peru. My udaliśmy się na rynek i trafiliśmy do franciszkańskiej skromnej ale pięknej Katedry wprost na rozpoczynającą się Mszę. Zostaliśmy do końca, później zwiedziliśmy miasto- targ pytając o ceny niektórych produktów. Rzeczywiście taniej.
Nocny autobus firmy „ San Martin” okazał się porządnym w miarę nowym autokarem . Podróż minęła spokojnie i bez przygód. Można było się wyspać. Dojechaliśmy na 4.30 rano do Arequipy. O 5.30 wsiedliśmy w pierwszego zdezelowanego niestety „Del Carpio” do Pedregal- Majes. O 7.30 byliśmy w naszym Ceo.
Suma- summarum projekt w Ajoyani nie przeszedł. Okazał się finansowo nie korzystny dla Ceo i przegrał z innym bardziej dochodowym dla naszej szkoły projektem budowy rozrzutnika do gnoju w nadmorskim Ite. Może trochę szkoda bo nie wiem czy kiedyś jeszcze uda mi się wrócić do Ajoyani, zagłębia Alpakowego i wiecznie radosnych i uprzejmych Górali Andyjskich. Zobaczymy…??? Wniosek – podróże kształcą Rodacy, a więc pakujcie plecaki i w drogę…..
Grzesiek
Dary z Kanady
Jak już wspominaliśmy we wcześniejszych wpisach co jakiś czas przychodzą (a raczej dopływają) do Majes w regularnych odstępach czasu kontenery z darami z Kanady, które później zostają rozdawane mieszkańcom naszej dzielnicy, jak również innym ludziom w Majes i nie tylko.
Dary te pochodzą od ludzi dobrej woli z Kanady a zbierane są przez organizacje katolickie w tym kraju, jak również przez osoby prywatne. Koordynatorem tego pomysłu po stronie Peruwiańskiej jest oczywiście nasz Ksiądz Andrzej. Kontener pełen różnych rzeczy zawsze dopływa do portu w miejscowości Ilo położonej od Majes jakieś 400km na południe. Zwykle przyjeżdża do nas wynajętym transportem ale ostatnim razem ze względu na wielkie opóźnienie (jak to w Peru zwykle bywa) podjęto decyzję, że przywieziemy go naszymi ciężarówkami aby nie tracić więcej czasu i tym samym nie płacić za postój kontenera w porcie.
Było to w pierwszym tygodniu, zaraz po naszym powrocie do Peru z Polski. Wyruszyliśmy na wieczór naszą niebieską Ifą z Majes w składzie: Herling (jeden z pracowników naszego Ceo) jako kierowca, ja (tzn Grzesiek) jako drugi kierowca i kilku chłopców naszej szkoły potrzebnych do załadowania towarów z kontenera na pakę. W miejscowości „48 kilometr” (rozjazd Panaamericany i Iteroceanicy) spotkaliśmy się z drugą ciężarówką jadącą z Ceo z Arequipy, którą kierował niejaki „Pancio” . Chłopcy przesiedli się do niego ponieważ ma większą kabinę do przewozu osób i z tego miejsca pojechaliśmy już na dwie ciężarówki: Pancio z chłopakami i ja z Herlingiem naszą Ifą. Plan pierwotny był taki, że mamy dojechać nocą do Ilo, tam przenocować się na pace ciężarówki i w kabinie, rano załadować auta i wyruszyć w drogę powrotną aby dojechać do Majes popołudniem.
Wszystko było by ok, ale… (jak to w Peru bywa) Herling zapomniał ważnego dokumentu o nazwie „guia”, bez którego w czasie możliwej kontroli można zapłacić sporą kare finansową i gdyby nie moje pytanie w czasie drogi czy ma wszystkie dokumenty podróż mogłaby się okazać baaardzo droga. Gdy okazało się że nie mamy „guia” zawróciliśmy w kierunku „48 kilometra” nadrabiając jakieś 60 km i tracąc około..dwóch godzin!!. W umówionym przez telefon komórkowy miejscu zaczekaliśmy na kolejnego z naszych uczniów- Victora, który dojechał tu PKS-sem z brakującym dokumentem i już w trójkę wyruszyliśmy po raz drugi w drogę. Podróż mijała bardzo powoli bo nasza Ifa to stary i wysłużony sprzęt. Bardzo wolnym tempem przecinaliśmy zimną, mglistą w tej części Peru noc. Każda górka dla naszej Ify to nie lada wyczyn i nie ma mowy o prędkości większej niż 15- 20 km/h w takich miejscach, a stromych podjazdów na tej drodze nie brakuje. Dlatego też, nasz plan (jak to w Peru bywa) nie wypalił i zatrzymaliśmy się na nocleg przez bramkami wjazdowymi do miasta Moquegua gdzie czekał na nas Pancio z chłopakami. Zabrakło nam jakieś 150 km do Ilo. Były jednak tego dobre strony (jak to w Peru bywa). Nocka okazała się cieplejsza niż w położonym nad oceanem Ilo, gdzie o tej porze roku zwykle panuje „ zimy prąd peruwiański” z wilgotną, gęstą mgłą i przenikającym chłodem. Położyliśmy się na pace auta lub w kabinach około pierwszej w nocy (wystarczył jeden zwykły śpiwór dla każdego),a wstaliśmy około piątej, żeby najpóźniej o siódmej być w porcie.
Ilo to typowo nadmorskie miasto z wielkim portem i charakterystyczną architekturą. Zdecydowana większość mieszkańców utrzymuje się z pracy w portach lub na oceanie, co tworzy specyficzny klimat tego miejsca. Przed portem spędziliśmy jakieś dwie godzinki w kolejce i po zjedzeniu kanapek w miejscowym barze udaliśmy się pod magazyny portowe. Tam zanim nas wpuszczono czekaliśmy kolejne dwie godziny (jak to w Peru bywa). Gdy wjechaliśmy na teren magazynów było już prawie południe. Niestety do załadunku musieliśmy czekać do około czwartej popołudniu , bo okazało się że nasze dokumenty nie są do końca kompletne. W końcu wszystkie rzeczy trzeba było ładować ręcznie a było tego sporo: począwszy od wielu artykułów spożywczych takich jak np. ciastka dla dzieci na nasze oratorium i nie tylko, poprzez „płody ziemi” w postaci worków z grochem, kaszą, ryżem czy mąką i dalej przetworów w puszkach aż do pełnych worów różnych ubrań, zeszytów, rowerów a nawet wózków inwalidzkich. Następnie po załadunku musieliśmy poczekać na szefa magazynów w celu podbicia ważnej pieczątki i wyjechaliśmy wieczorem, grubo po zmroku z całodniowym opóźnieniem (jak to w Peru bywa). W Moquegua zatrzymaliśmy się na „obiad” około 22-giej. W tą stronę, z ciężkim ładunkiem nasza Ifa jechała jeszcze wolniej ale w końcu dzięki Bogu bez usterek dojechaliśmy około 4-tej nad ranem do Majes z kilkunastogodzinnym opóźnieniem (jak to w Peru bywa).
Drodzy Przyjaciele w Polsce. Kilkunastogodzinne opóźnienia w naszym kraju nie mają prawa istnieć, jeśli dojdzie do tego to od razu szuka się winnego, podaje do sądu itp. W Peru natomiast są częścią rzeczywistości i nikogo (oprócz nas- białych gringo) to nie dziwi ani nie bulwersuje a nawet ludzie cieszą się bo przecież „sprawa idzie do przodu a oni przy tym mogą odpocząć”:)
Oni nie mierzą czasu co do sekundy tak jak to bywa w społeczeństwach Ameryki Północnej lub Europy tłumacząc że przecież „można stracić” . Tutejsi pytają z uśmiechem: „Co stracić? Przecież tylko zyskujemy bo czekając możemy odpocząć, dziś jest dziś a jutro będzie jutro i możemy to zrobić jutro (jutro- mañana):)”…. Na pewno nie jest godną pochwały niepunktualność i to nie zależnie gdzie, ale na pewno zagonieni w bezsensownym „wyścigu szczurów” ludzie w „społeczeństwach cywilizowanych” mogli by się nauczyć od tutejszych cierpliwości, spokoju i bardzo zdrowego, naturalnego podejścia do czasu jaki dał nam Bóg (jak to w Peru bywa)….:)
Grzesiek
Ponowny start….
No i sierpień za nami. Kiedy to minęło? Dopiero co wysiadaliśmy z samolotu w Limie. Ja już nawet o rok starsza, bo kilka dni temu odśpiewano mi kolejne 18-te
sto lat. A niby w Peru czas wolniej biegnie. Geograficznie zyskujemy nawet siedem godzin w stosunku do Polski, więc zawsze można z czymś nadrobić, kiedy rodacy na drugiej półkuli śpią już snem głębokim:):):)
Pierwsze sierpniowe dwa tygodnie upłynęły pod znakiem wizyt. Najpierw, tuz po naszym przyjeździe do Majes, bo już 9 sierpnia odwiedziła nas kilkuosobowa grupa młodzieży
z jezuickiego Duszpasterstwa Akademickiego „Dąb” w Warszawie z ojcem duszpasterzem Piotrem Kropiszem SJ. Odbywali oni swoją kilkutygodniową, niemalże rekolekcyjną podróż po peruwiańskiej ziemi w celu poznania kultury tego kraju ale przede wszystkim w celu dotarcia do prawdziwego oblicza peruwiańskiej rzeczywistości, ludzi tutaj żyjących ze swoimi biedami i potrzebami. Byli w Majes krótko, ale zostawili po sobie dobry ślad w postaci odprawionej dwujęzycznie Eucharystii i czasu spędzonego z chłopcami na zajęciach z j.angielskiego.
Kolejni goście, to ekipa młodych mediowców z projektu SWM-u, w osobach: Kasia Dumańska, Agata Kurek, Emilia Wojciechowska, Karolina Kołodziej, Paulina Szydłowska, Darek Zalewski. Kręcili oni materiały o realizacji milenijnych celów rozwoju w tym rozwijającym się kraju (o ich wrażeniach przeczytać można na http://media-peru.blog.swm.pl/wolontariusze). Byli u nas dwukrotnie i wcale nie mieli ochoty opuszczać tego miejsca. Cóż się dziwić……
W między-wizytowym czasie toczyło się tu zwykłe (jak dla nas a trochę niezwykłe dla Edyty i Michała) życie w ustalonym po peruwiańsku rytmie (czytaj raczej: w a-rytmie), czyli zajęcia z mechaniki czy angielskiego oraz pierwsze zmagania sportowe chłopaków z nowo przybyłym trenerem z Polski, przed którym ks. Andrzej postawił zadanie przygotowania chłopców do zwycięstwa w olimpiadzie lekkoatletycznej odbywającej się 23 września w arequipeńskim CETPRO Don Bosco, dla niektórych były też pierwsze emocje związane z przemieszczaniem się tutejszymi pojazdami i aklimatyzacyjne infekcje. Był wyjazd do portu po kontener z darami i ich rozdawanie w Cetrpro. Była podróż Grzesia z dyrektorem Freddym do górskiej wioski na 4000m npm w poszukiwaniu możliwości realizacji projektu produkcyjnego dla Cetpro, o czym z pewnością wkrótce sam coś opowie. Było organizowanie oratorów dla dzieci, które „zwabione” urokliwą Martynką i nowymi zabawowymi pomysłami Edytki zjawiały się, co cieszy, w liczbie większej niż dotychczas. Było sianie trawy i sadzenie kwiatów. A na koniec miesiąca wizyta w Arequipie w uroczystości związane ze świętem św. Róży z Limy, patronki Peru i całej Ameryki Łacińskiej, oraz jak się nieoczekiwanie dowiedzieliśmy w związku z pierwszą rocznicą ślubu Justyny i Tomka:) WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO KOCHANI!!!
I to by było na tyle jeśli chodzi o sierpień moim okiem.
pozdrawiam:)




























































































































































































































